środa, 18 stycznia 2012

I cała naprzód, ku nowej przygodzie!

Kiedy byłem mały, strasznie chciałem zostać rycerzem, który walczyłby z diabłami uzbrojonymi w widły, trójzęby i inne bronie zagłady. Czasem chciałem być też ninja czy samurajem, a czasem piratem, który z szablą w jednej ręce i flachą w drugiej odgania upiora od swojego skarbu. Ról było wiele. Chodziło o to by wymachiwać jakimś żelastwem, niszczyć fantastyczne i straszliwe stworzenia, oraz odwiedzać niesamowite, choć najczęściej mroczne miejsca. Jako dzieciak miałem ogromną wyobraźnię. Moje prace i zeszyty z przedszkola pełne są ożywionych szkieletów, zamków, jaskiń, okrętów, machin oblężniczych (niektóre niemalże fachowo nazwane i opisane, choć miałem wtedy sześć lat) , magii, miecza, smoków i tym podobnych rzeczy. W sumie dziwię się, że w tamtym okresie nigdy mnie do psychologa nie wysłano, bo to wyglądało jak dzieła jakiegoś dzieciaczka z horrorów, który przewiduje nadejście wielkiego zła. Bo na moich dziełach często zło wygrywało. Czasy podstawówki minęły mi na budowaniu baz, tłuczeniu się na drewniane miecze i tarcze i bieganiu po lesie. Codziennie wracałem do domu z kilkoma kleszczami gdzieś na ciele, cały odrapany, zmęczony, nieraz obity (prawdziwi wojownicy są twardzi i nigdy się nie skarżą), ale prze szczęśliwy. I wtedy doskonale wiedziałem, że to sposób na życie. Że chcę być odważny, wojowniczy, i nawet z guzem na czole i siniakiem na udzie wrócę do domu z uśmiechem i uniesioną głową. Nie rozumiałem starszych kumpli, siedzących całe dnie przed komputerami, przecież oni wszyscy byli smutni. W gimnazjum życie zawaliło mi się na głowę, nie udało mi się go udźwignąć. Nauczyłem się grać uśmiechniętego chłopaczka, ale skończyłem tak, jak strasznie nie chciałem. Jako facet zamknięty w czterech ścianach gapiący się w monitor. Dużo czasu zajęło mi przypomnienie sobie, jak cudnie jest być dzieciaczkiem z drewnianą kuszą, jak wielką radość daje odkrywanie nowych miejsc, jak wielką radość daje fizyczne zmęczenie i jak bardzo oczyszcza to umysł. Choć teraz pamiętam, że podróże z przygodami, nawet tymi malutkimi to uczucie tak wspaniałe, że aż nie do opisania, a gdy doda się do tego wielką wyobraźnię... świat nabiera kolorów. Mam nadzieję kiedyś zerwać te łańcuchy, które trzymają mnie przy biurku, znów pobyć rycerzem, piratem, samurajem, czy archeologiem-poszukiwaczem przygód. W końcu straszny ze mnie dzieciuch (-dorośnij, rudy palancie, dorośnij! - ale nie chcę!), wyobraźni wciąż mi nie brakuje, a na dodatek wiem czego chcę. Choć siły wciąż mam za mało. Mimo wszytko, cała sytuacja napawa mnie optymizmem. Ten skulony w kącie, długowłosy, rudy, blady umarlak w końcu ruszył się z cienia. Choć porusza się poooowoliii. Mam nadzieję, że los będzie mnie popychał we właściwą stronę, a i wszystkim innym tego życzę. Czuję, że zrobiło się zbyt poważnie.
Siedzę na koniu.

1 komentarz: