poniedziałek, 20 lutego 2012

Cicho sza.


Więcej milczenia, dużo więcej. I to z wyboru. Dość ciekawe uczucie, sprzyja pozytywnemu myśleniu. No, przynajmniej w moim przypadku. A prócz tego wszystko snuje się wolniej, ciszej, spokojniej. Można głęboko odetchnąć, z ulgą niemałą oczywiście. I znów powracają myśli, że najlepiej jest mi w samotności, bez bliższych kontaktów, bez zwierzeń, bez śmiechu, bez wsparcia. Jednocześnie zdaję sobie jednak sprawę z tego, iż jest to uczucie chwilowe. Taka potrzeba ukrycia się przed światem ze słuchawkami na uszach, z herbatą w jednej ręce i książce w drugiej. Teraz, kiedy wiem, że wciąż stać mnie na uśmiech, radość z wschodzącego słońca, oraz wiarę w siebie, muszę się porządnie zabrać do roboty. Wydaje mi się, iż każdy tak czasem miewa, sam siebie musi zmotywować. A jeśli nie... cóż, kolejny dowód, że jestem dziwny. Nigdy nie zrozumiem dlaczego jestem z tego dumny.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

This land is mine, this land is free!

Będzie to notka odnosząca się częściowo do ostatnich wydarzeń. Przyznam szczerze, że zaskoczyło mnie to, jak bardzo ludzie potrafią się zjednoczyć, gdy problem dotyczy ich... nas wszystkich. I jest to pozytywne zaskoczenie. Nie będę się tutaj rozwodził nad tym, czy ACTA jest złe, czy też dobre i jakie niesie ze sobą konsekwencje, bo nie o tym chcę mówić. Doszedłem do wniosku, że ludzie mają ogromną potrzebę by wyrwać się choć na chwilę z szarego życia, przez chociaż moment poczuć się bohaterami walczącymi w słusznej sprawie. Jak powstańcy pokazać, że nie przyjmą z opuszczoną głową żadnego ograniczenia ich wolności. Nie ma w tym chyba niczego dziwnego ani złego. Iść wśród tłumu ludzi, którzy maja wspólny cel, wspólne marzenie. Przecudowne uczucie, ekscytacja, poczucie siły i potęgi. Tylko czy w tym momencie nie stajemy się stadem baranków, pokazując, że nim nie jesteśmy i nie damy się zamknąć zagrodzie? Już śpieszę z wyjaśnieniami. Mamy potrzebę posiadania kogoś, kto będzie jakimś symbolem danej akcji, kimś w rodzaju mentora czy dowódcy. Teraz tę rolę spełniają hakerzy. Używając maski, która przedstawia mordę Guya Fawkesa, na dodatek z popularnego filmu, który z kolei przedstawia walkę o wolność można silnie oddziaływać na wyobraźnie ludzi, na ich sposób myślenia. Czy nie czujecie się czasem jak ludzie z  filmu V for Vendetta? Nagle oświeceni przez człowieka bez imienia schowanego za maską-symbolem wolności, tajemniczego, nieco przerażającego, odważnego. To uczucie... jakbyśmy wszyscy obudzili się ze snu, przejrzeli na oczy... i wtedy zdaję sobie sprawę, że to wszystko za bardzo wwierca mi się w mózg. Kto tutaj jest dobry? Kto jest tym złym? Czy ta panika i poruszenie są w ogóle uzasadnione? Żyjemy w czasach, w których łatwiej zaufać komuś, kto ukrywa swą tożsamość, niż znanym z telewizji twarzom, które jednak nieźle sobie nagrabiły. Czy więc książki, film i gry zryły nam mózgi na tyle, iż nie potrafimy dostrzec tego co słuszne, czy naprawdę fikcja staje się rzeczywistością i zaraz każdy dostanie kod kreskowy na czółko? Bez względu na to co jest prawdą, bunt zawsze będzie dostarczał dużo frajdy, bo pod tym gigantycznym oburzeniem kryją się uśmiechy sympatii do ludzi, którzy się z nami zgadzają, z którymi walczymy ramię w ramię, nawet jeśli to tylko wirtualny świat.

środa, 18 stycznia 2012

I cała naprzód, ku nowej przygodzie!

Kiedy byłem mały, strasznie chciałem zostać rycerzem, który walczyłby z diabłami uzbrojonymi w widły, trójzęby i inne bronie zagłady. Czasem chciałem być też ninja czy samurajem, a czasem piratem, który z szablą w jednej ręce i flachą w drugiej odgania upiora od swojego skarbu. Ról było wiele. Chodziło o to by wymachiwać jakimś żelastwem, niszczyć fantastyczne i straszliwe stworzenia, oraz odwiedzać niesamowite, choć najczęściej mroczne miejsca. Jako dzieciak miałem ogromną wyobraźnię. Moje prace i zeszyty z przedszkola pełne są ożywionych szkieletów, zamków, jaskiń, okrętów, machin oblężniczych (niektóre niemalże fachowo nazwane i opisane, choć miałem wtedy sześć lat) , magii, miecza, smoków i tym podobnych rzeczy. W sumie dziwię się, że w tamtym okresie nigdy mnie do psychologa nie wysłano, bo to wyglądało jak dzieła jakiegoś dzieciaczka z horrorów, który przewiduje nadejście wielkiego zła. Bo na moich dziełach często zło wygrywało. Czasy podstawówki minęły mi na budowaniu baz, tłuczeniu się na drewniane miecze i tarcze i bieganiu po lesie. Codziennie wracałem do domu z kilkoma kleszczami gdzieś na ciele, cały odrapany, zmęczony, nieraz obity (prawdziwi wojownicy są twardzi i nigdy się nie skarżą), ale prze szczęśliwy. I wtedy doskonale wiedziałem, że to sposób na życie. Że chcę być odważny, wojowniczy, i nawet z guzem na czole i siniakiem na udzie wrócę do domu z uśmiechem i uniesioną głową. Nie rozumiałem starszych kumpli, siedzących całe dnie przed komputerami, przecież oni wszyscy byli smutni. W gimnazjum życie zawaliło mi się na głowę, nie udało mi się go udźwignąć. Nauczyłem się grać uśmiechniętego chłopaczka, ale skończyłem tak, jak strasznie nie chciałem. Jako facet zamknięty w czterech ścianach gapiący się w monitor. Dużo czasu zajęło mi przypomnienie sobie, jak cudnie jest być dzieciaczkiem z drewnianą kuszą, jak wielką radość daje odkrywanie nowych miejsc, jak wielką radość daje fizyczne zmęczenie i jak bardzo oczyszcza to umysł. Choć teraz pamiętam, że podróże z przygodami, nawet tymi malutkimi to uczucie tak wspaniałe, że aż nie do opisania, a gdy doda się do tego wielką wyobraźnię... świat nabiera kolorów. Mam nadzieję kiedyś zerwać te łańcuchy, które trzymają mnie przy biurku, znów pobyć rycerzem, piratem, samurajem, czy archeologiem-poszukiwaczem przygód. W końcu straszny ze mnie dzieciuch (-dorośnij, rudy palancie, dorośnij! - ale nie chcę!), wyobraźni wciąż mi nie brakuje, a na dodatek wiem czego chcę. Choć siły wciąż mam za mało. Mimo wszytko, cała sytuacja napawa mnie optymizmem. Ten skulony w kącie, długowłosy, rudy, blady umarlak w końcu ruszył się z cienia. Choć porusza się poooowoliii. Mam nadzieję, że los będzie mnie popychał we właściwą stronę, a i wszystkim innym tego życzę. Czuję, że zrobiło się zbyt poważnie.
Siedzę na koniu.

niedziela, 15 stycznia 2012

"Waiting for the Sun"

Fajnie jest myśleć, że teraz może być już tylko lepiej. Że skopało się już wszystko, co można było skopać, że dostało od życia po dupie już tak bardzo, iż podły los uszkodził sobie stopę, a z glana odpadła mu podeszwa, i zanim znów walnie w zad minie trochę czasu. To jest tak bardzo optymistyczne, że jak o tym intensywniej pomyślę, to mogą mi lecieć oczu łzy radości. Cholera, znów zamieniłem się w wrażliwego dzieciaczka o psychice dziewuchy (nici z bycia sithem, damn!). Więc otwieram okno, siadam sobie na parapecie z herbatką, jak jakaś dziewczynka z obrazka, które służy za tło do cytatu Paulo Coelho (gość mnie bawi), i gapię się w niebo. Siedzę, gapię się i czekam na słońce. A gdy wychodzi ja rozpływam się nad tym jaki świat jest wspaniały, wierzę, że wszystko się ułoży, zapominam, że życie jest paskudne i puszczam sobie w słuchawkach klimatyczną muzykę czując na twarzy zimny podmuch, i wciągając powietrze przesiąknięte zapachem nowego dnia. Tak, tak, zawsze czegoś słucham!

czwartek, 12 stycznia 2012

Idąc...

Idąc w nocy ulicą zawsze myślę najbardziej pozytywnie. Wieje jakby bogowie na złość dmuchali mi prosto w mordę, dając znak, bym wrócił do domu i popadł w depresję. Ale ja na złość czuję się zupełnie odwrotnie i nie pochylając głowy nie zwalniam kroku, ani nie zmieniam kierunku. Zawsze wyobrażałem sobie życie jako wzgórza. Pod górę wchodzi się trudno i długo, jest to stroma ścieżka, ale na szczycie można chwilę odpocząć, a potem zjechać w dół z ogromną radością. prędkościom i ryzykiem rozjebania się o drzewo. I tak w kółko. Może to naiwne, ale taki obraz został mi w głowie. W życiu człowieka zawsze przychodzi czas, że musi zdecydować jak będzie wyglądała jego przyszłość. Jakoś tak się złożyło, że właśnie teraz nadszedł dla mnie ten moment. A ja wciąż nie wiem, czy chcę się nadal edukować, zdobyć dobrą pracę, założyć rodzinę i jak najwięcej czasu spędzać na szczycie wzgórza żyjąc normalnie i przeciętnie, czy złapać za gitarę, napisać ogłoszenie, że szukam muzyków do zespołu, grać, komponować, tworzyć i zmarnować sobie życie oraz zginąć przed trzydziestką (jebnąć w drzewo podczas zjazdu)  zostawiając swoją mordę na plakatach w pokojach dzieciaków przechodzących okres buntu. Dla mnie te dwie rzeczy są nie do pogodzenia, choć dla innych zapewne tak. W sumie żadna z tych dróg nie jest łatwiejsza, na dodatek ta druga bardziej kusząca, ale czy nie egoistyczna? "Sorry mamo, zamierzam malować sobie mordę na kolorowo, grać muzykę, której się przestraszysz, robić głupie rzeczy, zaliczać co noc (lub dzień) kilka panienek i pomylić kokę z anfą po czym wykitować zanim na mojej głowie pojawi się pierwszy siwy włos"? Trochę to głupie. Choć normalna praca i normalne życie wcale nie wydaje się mi bardziej okej, choć spotyka się z akceptacją, ze strony bliskich. Nie chcę skończyć jako facet odliczający dni do emerytury podczas picia piwka i gapienia się na meczyk, co to za życie? Jak mi nauka do matury będzie szła cały czas tak tragicznie, to wybiegnę nago na miasto z rybą wsadzoną w tyłek i zrobię z siebie gwiazdę internetu na miarę Gracjana, Baśki czy innego Luntka, po czym kupi mnie onet.pl i będę zarabiał na byciu debilem ku uciesze użytkowników internetu. To zawsze jakiś pomysł na życie!

Za bardzo się rozpisałem. Na dworze zimno, kołderka ogrzeje. Kobiety pouciekały. Trzeba przemyśleć własny egoizm i zapędy autodestrukcyjne... z uśmiechem mówię wam dobranoc i kolorowych snów!

środa, 11 stycznia 2012

Po co się starać?

Czyż nie każdy z nas zadawał sobie kiedyś takie pytanie? Po co się starać, skoro któregoś dnia po prostu umrzemy? Przez chwilę ktoś nasz grób poodwiedza, ktoś wyleje na niego flaszkę whisky wspominając radosne dni, ale w końcu świat o nas zapomni. Po co dbać o przyszłe pokolenia skoro to wszystko i tak kiedyś pierdyknie i nie zostanie nic? Do niedawna był to jeden z głównych tematów moich przemyśleń. I doszedłem do wniosku, że będę żył, spełniał marzenia i szedł do przodu bo... chcę. Spacer po lesie z dziewczyną zawsze będzie lepszy niż marudzenie, że wciąż pada, nauczenie się piosenki na gitarze zawsze będzie lepsze od płakania, że nie umiemy grać tak dobrze jak ten i tamten, nauka do matury zawsze będzie lepsza od miotania się po pokoju ze strachu przed zbliżającymi się egzaminami. To takie banalne, a wielu ludzi sprawia wrażenie, jakby tego nie wiedzieli. Iść przez życie z uśmiechem, pokonywać strach. Ja nie jestem święty, właściwie nawet przeciwnie, wciąż uparcie robiłem wszystko, żeby spieprzyć sobie życie i wciąż wychodzi mi to znakomicie, ale zdałem sobie sprawę, że żyje się po to, by być szczęśliwym, choć krótkie chwile. Choć jeden dzień na sto, ale starać się o to, bo jedna chwila radości jest warta te wszystkie wycierpiane wcześniej. Jakbym przeczytał coś takiego napisanego przez kogoś innego pokręciłbym głową, mruknął pod nosem "debil, nie wie, że życie to suka" i nacisnął krzyżyk. Ale dziś jestem w nastroju, by to z siebie wyrzucić. Wyrzuciłem, uf. Duchy przodków, magiczne mocne i goście z bananami w uszach, dajcie mi siłę!

wtorek, 10 stycznia 2012

Gniew przeplatany smutkiem i euforią.

Bywają dni, że nie mam pojęcia jak nazwać swój humor. Każde słowo na określenie go jest złe. Nagle dopada mnie coś, co najłatwiej określić wkurzeniem na cały świat, ale nie jest to złe, bo pcha mnie do działania, robienia czegoś, zmian na lepsze, nie jest to też dobre, bo wcale mi nie do śmiechu, a rozmowny jestem jak ryba. Zdechła ryba. Nie jest też w jakiś sposób neutralne, bo w środku targają mną emocje. W takich chwilach najchętniej dałbym komuś w mordę, potem poleciał wyznać miłość jakiejś długowłosej piękności, następnie zagrał koncert, napisał wiersz, przejechał kilka kilometrów na rowerze i popływał w zimnej wodzie. I jak o tym myślę to się uśmiecham, i już mi lepiej, ale za chwilę znów zmarszczę czoło dostrzegając, że to niemożliwe i się zdenerwuję. Jest druga w nocy, jedyne co mi pozostaje to założyć na uszy słuchawki, ustawić głośność na maksa, włączyć muzykę, która silnie oddziałuje na emocje i zrobić sto pompek. Może to nie brzmi najlepiej, ale uwielbiam się znajdować w takim stanie. To tak jakby budziło się we mnie to, co tłumie siedząc przed kompem i czytając jakieś pierdoły, czy oglądając idiotyczne obrazki przez kilka godzin. Bo czasem w człowieku budzi się człowiek i przestaje się być roślinką gapiącą się w ekran. Tak więc puszczamy muzykę i do roboty!